Himalaje 2008

  Himalaje 2008

Zaczęło się niewinnie, od naszego (mojego i Marcina Piusa) wyjazdu w Tatry. Był to wyjazd średnio udany bo złapał nas w styczniu deszcz w Dolinie Białej Wody podczas wspinu po miejscowych lodospadach. Cos tam jednak urobilismy.

Ale do rzeczy. Wstępnie ustaliliśmy razem z Marcinem, że czas się gdzieś dalej wybrać. Tomek Sowinski rowniez byl tego zdania tak, że po 6 miesiącach i przeanalizowaniu wszystkich pomysłów jakie nam przyszły do głowy, okazało się, że najlepszym rozwiązaniem (z punktu widzenia wspinaczkowego i finansowego) będzie wejście na na górę Cholatsea 6440m (Krótki opis góry i historia jej zdobycia jest zamieszczona poniżej relacji).W tzw. międzyczasie dołączył do nas Tomek Postawa ("Długi").

Wylot ja z "Długim" mieliśmy z Warszawy 28 października, następnie przesiadka w Helsinkach, chwila postoju w Delhi i dalej kolejnym samolotem do Katmandu. Stolica Nepalu powitała nas biurokracją lotniskową oraz opłatą wizową w wysokości 100$ od głowy. Z lotniska zostaliśmy odebrani przez właściciela agencji "Su-Swagatam Trek", która to organizowała większość naszego wyjazdu, a dokładnie: pozwolenie wspinaczkowe na Cholatse, bilety do i z Lukli, karawanę do i z bazy, żywność na cztery tygodnie, trochę szpeju, caly szprzet bazowy (namioty, etc.) i pełną obsługę w bazie w postaci szerpy Utrry, kucharza i jego pomocnika. W Katmandu spotkaliśmy resztę naszego zespołu czyli: Marcina i Tomka. Ze stolicy Nepalu już razem wylecieliśmy do Lukli (31 października).

Po przylocie do Lukli (2800m) i załatwieniu niezbędnych formalności ruszyliśmy tego samego dnia w drogę. Po dwóch dniach przyjemnego spacerku dotarliśmy do Namche Bazar (3440). Namche Bazar jest stolicą szerpów a zarazem świetnym miejscem gdzie można tanio zaopatrzyć się w odzież i sprzęt na dalszą akcję. Niestety spora część oferowanej odzieży to dobrze wykonane podróbki. Po dwóch dniach spędzonych w Namche (aklimatyzacja) wyruszyliśmy dalej, lecz na wysokości 3900m, część składu została sponiewierana chorobą wysokościową co zmusiło nas do kolejnego dnia postoju w Phortse Tenga. W tym samym czasie niestety żołądek Długiego odmówił posłuszeństwa i we dwójkę zostaliśmy w wiosce kolejne cztery dni. Podczas gdy my odpoczywaliśmy reszta karawany dotarła do bazy pod Cholatse (6 listopada).

Baza główna znajdowała się na wysokości 4700m. Gdy razem z Długim dotarliśmy do niej, okazało się, że Marcin z Tomkiem nie próżnowali i założyli już bazę wysuniętą na wysokości 5100m. Zachęceni świetnym samopoczuciem oraz brakiem jakichkolwiek objawów choroby wysokościowej postanowiliśmy już następnego dnia po przybyciu do bazy zanieść nasze, rzeczy do bazy wysuniętej. Baza wysunięta znajdowała się na skraju lodowca Cholatse, przez który mieliśmy już wytyczona ścieżkę przez Austriaków, którzy przybyli pod górę dobrych kilka dni przed nami. Po dotransportowaniu szpeju, poręczówek, namiotu i jedzenia wróciliśmy do bazy na 4700m.

Pozostaliśmy w bazie dwa dni po czym ruszyliśmy ponownie do góry, ze względu na moje i Długiego opóźnione dotarcie do bazy, działaliśmy w dwóch zespołach, Marcin z Tomkiem , a ja z Dlugim, więc gdy my wyszliśmy do bazy wysuniętej by w niej spędzić noc aklimatyzacyjną, chłopaki ruszyli przez lodowiec i 200m ścinane stromego śniegu, zakładać jedynkę pod filarem południowo-zachodnim Cholatse. Po założeniu jedynki tego samego dnia zeszli oni do bazy głównej. Nas czekała noc w bazie wysuniętej. Przed zaśnięciem mieliśmy w planach by rano postawić nasz namiot obok namiotu chłopaków w jedynce.

Jednak poranek powitał nas bólem głowy, brakiem apetytu i apatią. Niestety wysokość dała znać o sobie i plany dotarcia do jedynki odłożyliśmy na kolejne dni. Wróciliśmy do bazy głównej.

Po dwóch dniach spędzonych razem z chłopakami w bazie. Tomek z Marcinem wyruszyli do jedynki z zamiarem spędzenia w niej nocy i zaporęczowania 200m skalnego odcinka drogi o trudnościach II-III w ramach przygotowań do ataku szczytowego. Plan był żeby wejść na szczyt bezpośrednio z jedynki (jak to zrobili Austriacy) czyli wspin na lekko (poprzednie wyprawy wspinały sie ze sprzętem biwakowym śpiąc po drodze na szczyt). Gdy oni byli w jedynce my postanowiliśmy udać się bezpośredni do nich do jedynki z pominięciem nocy w bazie wysuniętej. Niestety tym razem pomysł okazał się chybiony, choć Marcin z Tomkiem z powodzeniem go stosowali. My po stanięciu na lodowcu ponownie zostaliśmy sponiewierani wysokością. Nastąpił kolejny powrót do bazy głównej i kolejne dni spędzone na krótkich trekkingach po okolicznych pagórkach i dolinkach.

Chłopakom udało się zaporęczować zaplanowany odcinek, po czym wrócili do bazy. Po dwóch dniach odpoczynku mieli atakować szczyt. My w tym czasie mieliśmy dostać się do jedynki. Pogoda od kiedy założyliśmy bazę była słoneczna, a noce gwieździste, słaby wiatr, lecz gdy brakowało słońca temperatura spadała sporo poniżej zera. I tak było przez cale trzy tygodnie jakie spędziliśmy w górach.

W dniu ataku szczytowego Tomka i Marcina (18 listopada) ja z Długim kolejny raz wchodziłem na lodowiec by dostać się na przełęcz gdzie była założona jedynka. Chłopaki niemal zaliczyli szczyt - zawrocili na około 6330m (jakieś 100 m poniżej seraka szczytowego). Marcin o ataku szczytowym: zachęceni powodzeniem trojki Austriaków zdecydowaliśmy sie zaatakować szczyt prosto z jedynki na 5600. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tak zaaklimatyzowani jak Austriacy którzy spędzili przed wyprawą sporo czasu trekując do 6000m po Rolwaling Himalaya, jednak postanowiliśmy zaryzykować uderzenie non-stop z 5600 na 6440, które wydawało nam sie do zrobienia jeśli chodzi o różnice wysokości (około 840m). Wyruszyliśmy z bazy 17 listopada okolo 10 i dotarliśmy do jedynki około 14. Pogoda dopisywała choć przedziwne chmury ktore zawisly nad jedynka po południu zaniepokoiły nas głownie z powodu swej dziwaczności. Mieliśmy sporo czasu na wygrzewanie sie w słonku, topienie śniegu na dzień następny i spanie. Samopoczucie było średnie - szybkie poruszanie sie w stromym terenie na tej wysokości dalej dawało nam istotną zadyszkę. Mimo to nastawiliśmy budziki na północ i położyliśmy sie spać z zamiarem wejścia na szczyt. Budziki były zbyteczne, bo spać było ciężko w naszym japonskim jednoosobowym namiociku. Śniadanie i podgrzanie nawet już stopionego śniegu na gazie na tej wysokosci i w tej temperaturze zajęło nam prawie trzy godziny - wbiliśmy sie w filar o 2.50 rano. Po poreczach poszło nam szybko i po godzinie z hakiem byliśmy na malej przełączce by obudzić jednoosobową amerykańską wyprawę z zespołem Szerpow (spali oni sobie właśnie w ich obozie 3 na malej przełączce). Dalej postanowiliśmy poruszać sie z lotna, jednak po dwóch wyciągach dotarliśmy do jakichś poręczy. Przypuszczaliśmy, że Szerpowie Amerykanina założyli je, jednak nie wiedząc na pewno skąd one i ile one tam wiszą postanowiliśmy dalej iść związani co nas ostro spowolniło głownie z powodu haczącej i plączącej sie liny po niezbyt trudnym terenie. Później sie okazało, że poręcze byty "świeże" dopiero co założone przez Szerpow Amerykaninia.

Z drugiej strony, mając poręcze te nie mieliśmy problemu ze znalezieniem drogi w ciemności. Okolo wschodu słońca (miedzy 6 a 7 rano) byliśmy na jakichś 6000m gdzie znów napotkaliśmy poręcz, luźno wisząca z innego repa. Że było stromo zabijaliśmy szable i szliśmy z lotna dalej by znow odkryc ze ta poręcz wisi dobrze założona na dwóch szablach. Dalej, juz bez poręczy minęliśmy czwarty obóz Amerykanina - założony chyba dzień wcześniej przez jego Szerpow - jakies 3-4 wyciagi poniżej seraka wyprowadzającego na plateau i gran szczytowa. Serak szczytowy byl stromy jednak nie było warunków na osadzenie śrub lodowych i trzeba było znów zaufać szablom. Na plateau dotarliśmy około 10 albo 11 rano. Po krótkim pikniku ruszyliśmy dalej.

Siły co jakiś czas nas opuszczały. Wydawało mi sie ze ile ich mam jest wykładnia ile jem. Po jednym Power Gelu i batonie - para nagle uderzała w nogi i nie było problemu - jak tylko zapomniałem o jedzeniu na jakieś 2 godziny - wydawało mi sie że wale głowa w mur. Poza tym wory zaczęły nam trochę ciążyć - mimo prob spakowania sie na lekko, byliśmy pewni ze ważą one więcej niż powinny. Może następnym razem trzeba wziąć jeden sznurek plus 50m repa do zjazdu? Może nie brać puchówki, maszynki, enercety i apteczki? Może trzeba było w ogóle zostawić wory w jedynce i isc zupelnie na lekko jak w Tatrach? Pewnie czasem by to działało a czasem nie - problem w tym, że błędną decyzje odczujemy (boleśnie) na własnej skórze.

Po osiągniecie grani, mieliśmy piękną panoramę na Khumbu - od Everestu po Makalu, Ama Dablam i dalej Tawoche I na zachód przez Gauri Sankar, Shishapangme po Cho Oyu. Himalaje 360 stopni dookola nas. Ale trzeba byto ruszać.

Spodziewaliśmy sie po dotarciu na gran (~6200m), że to już będzie rzut kamieniem do szczytu ... jednak rzeczywistość była inna. Okazało sie, że gran jest długa, pokręcona i falująca w górę i w dół. My tymczasem zaczynaliśmy odczuwać te dwa tygodnie łażenia pod górę z worami i brak aklimatyzacji powyzej 5600. Postanowiliśmy jednak probować dalej - szlo nam coraz wolniej i kiedy miedzy 12.00 a 13.00 doszliśmy na kolejny grzbiet (6330m) by zobaczyć, że mamy jeszcze ze dwa albo trzy podobne do pokonania, stwierdziliśmy że chyba sobie darujemy te ostanie 100m do szczytu. Wprawdzie mieliśmy maszynkę i garnek ze sobą jednak biwak bez śpiwora i aklimatyzacji nam sie nie uśmiechał. Szczególnie że już przemroziliśmy sobie palce u stop poprzedniej nocy (drętwe palce mieliśmy jeszcze dwa miesiące później). Niechętnie, jednak podjęliśmy decyzje o odwrocie. Było tak blisko (100m w pionie zgodnie z moim GPS) jednak pewnie jakies 300 metrow w poziomie. Szkoda. Jednak co sie wspielismy to nasze. Widoki, pogoda, zabawa, zdjecia ... niezapomniany wyjazd - polecam.

Zejście z Cholatse jest długotrwale i męczące ponieważ jest stromo jednak nie na tyle stromo by swobodnie zjechac. Sporo odcinków schodzi sie z lotna, pare można zejść bez asekuracji a pare można/trzeba zjechać z twardych punktów. Ponieważ my mieliśmy zero lodu na tej niby lodowej drodze, musielismy zostawiać szable na zjazdach. Na szczęście mieliśmy amerykańskie poręcze (teraz już wiedzieliśmy że są założone prawidłowo i są nowe) wiec zostawiliśmy chyba tylko 3 szable. Reszte zeszlismy i zjechaliśmy na poręczach Amerykanina. W jedynce byliśmy kolo 20.00 albo 21.00. Chlopaki juz czekali na nas z gorąca herbatą. Następnego dnia rano, zwinęliśmy naszą cześć jedynki (moja i Tomka) i ruszyliśmy w dół przy zachmurzonym i burzowym niebie (po raz pierwszy), które straszyło zmianą pogody - a które juz w południe było niebieskie jak zwykle.

Wracając do mnie i Długiego: My po pokonaniu ściany stromego śniegu rozbiliśmy nasz namiot w obozie pierwszym i rozpoczęliśmy gotowanie herbaty dla chłopaków, którzy właśnie wracali do jedynki. Następnego dnia rano Marcin i Tomek wracali do bazy. Ze względu na lekkie objawy choroby wysokościowej jakie dopadły Długiego po nocy w jedynce, zdecydowaliśmy że ruszymy tylko troche do góry i zawrócimy jeśli Długi poczuje się gorzej.

Pokonaliśmy odcinek skalny zaporęczowany przez chłopaków, który w górnej części składał się głównie z luźnych bloków skalnych. Po wejściu na przełączkę za skalną turnią (5800m) musieliśmy zawrócić. Przyczynom powrotu były braki w aklimatyzacji. Gdy my wracaliśmy do jedynki, tam już rozbijała swoje namioty ekipa ze Szwajcarii. Minąwszy jedynkę rozpoczęliśmy zjazdy po poręczówkach założonych na odcinku między jedynką a lodowcem. Wieczorem spotkaliśmy się we czwórkę w bazie.

Pozostało kilka dni wyprawy, które można było zarezerwować na drugą próbę wejścia na szczyt lub na jakiś dłuższy trekking pod okoliczne ośmiotysięczniki. Po dniu odpoczynku i namyśle wybraliśmy trekking. Naszym celem stała się baza pod Cho Oyu (8201), ktora znajduje się na wysokości 5170m. Po drodze ja z Marcinem weszliśmy na łatwy szczyt Gokyo Ri (5360m) z którego rozpościera się niesamowita panorama na Himalaje Khumbu a w szczególności na szczyty Cho Oyu, Lhotse, Makalu (8463m) i Everest (8848). Po zejściu z Gokyo Ri, spędziliśmy noc w wiosce Gokio (4790m). Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. W drodze do bazy pod Cho Oyu znaleźliśmy ciekawe cele na przyszłe wyjazdy w ten rejon Himalajów. Po wykonaniu kilku zdjęć na tle ośmiotysięcznika i spędzeniu nocy pod nim, wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszej bazy pod Cholatse.

Po powrocie do bazy, mieliśmy trzy dni by się przygotować do wyruszenia w drogę powrotną do Lukli, a stamtąd dalej do Katmandu. Postanowiliśmy razem z Długim wybrać się na wspinanie po okolicznych ścianach. Za nasz cel obraliśmy ścianę znajdującą się w odległości 500m od naszego obozu. Razem z nami ruszył nasz szerpa Utrra. Poprowadziliśmy 200m drogę o trudnościach IV z miejscem VI. Nasz szerpa radził sobie znakomicie.

Powrót do Lukli zajął mi i Długiemu trzy dni. Gdy razem karawaną wracaliśmy do Lukli, Tomek z Marcinem wyruszyli okrężną droga do Lukli robiąc trekking przez przełęcz Cho La (54210m) do stop Everstu i do bazy wysuniętej (5700m) na Pumori (7161m),. Następnego dnia rankiem po dotarciu do Lukli wsiedliśmy do samolotu i szczęśliwie dolecieliśmy do Katmandu.

W Katmandu spędziliśmy parę dni w oczekiwaniu na lot do Delhi, czas ten spożytkowaliśmy na zwiedzaniu miejscowych zabytków oraz uzupełnianiu w restauracjach straconych podczas wyprawy kilogramów.

Prócz naszej czwórki na treking w rejon Everestu z Częstochowy wybrała się jeszcze Ania Pawiak, która samotnie dostała się do bazy pod Everestem a następnie przez przełęcz Cho La (5420m), dotarła do naszej bazy pod Cholatse. Prócz Ani niemal wspólnie z nami do Nepalu wyleciał też Michał Różycki, który prócz pobytu w tym rejonie Himalajów Khumbu, zwiedził też okolice Annapurny (8091m). Informacje praktyczne:

Dobrze jest zaszczepić się na kilka chorób. Po info najlepiej udać się do sanepidu.

Niestety brak połączenia bezpośredniego z Polski do Nepalu, my dostaliśmy się do Katmandu przez Helsinki i Dheli (cena takiego połączenia to około 3.000PLN);

Wizę indyjską najlepiej wyrobić trzy tygodnie przed planowanym wylotem (100$), w ambasadzie w Warszawie;

Wizę Nepalską wyrabia się na lotnisku w Katmandu. Koszt pobytu do 30dni to 30$, powyżej 30dni - 100$;

Organizacja wyjzdu. Oczywiście można załatwiać wszystko na własną rękę, jednak oszczędności z tego wynikające (jeśli w ogóle) będą raczej znikome. Warto skorzystać z usług agencji, która załatwia wszystkie formalności, jedzenie, karawanę, sprzęt, obsługę etc. My korzystaliśmy z usług Nepalskiej agencji Su-Swagatam (Nepal) Trek, ktora okazała się dość tania i wyjątkowo solidna i profesjonalna. Czteroosobowa wyprawa na Cholatse (full wypas, ponad trzy tygodnie w bazie plus dwie karawany - total jakiś miesiąc z okładem) kosztowała nas 1850 $ na łeb. Kontakt i adres:

Su-Swagatam (Nepal) Trek

Boudha Nath,

Wada No 6

Phone No : 009-77-1-4479216

Email: (piszcie do właściciela który nazywa sie Nima): HYPERLINK "mailto:swagatam@wsn.com.np"swagatam@wsn.com.np (powołajcie sie na Marcina od Cholatse 2008);

Jeśli chodzi o trekking, można samemu na miejscu wszystko załatwić, gdyż brak w tym wypadku duzych formalności, oraz na popularnych trasach (Everest, Annapurna) jest duża ilość schronisk (teahouse) gdzie można sie przespać i zjeść za małe pieniądze;

Należy douczyc sie i ciągle zwracać uwagę na objawy choroby wysokościowej;

Braki sprzętowe i odzieżowe można uzupełnić w Katmandu lub w Namche Bazar (taniej niż w Polsce czy na Zachodzie);

Ceny hoteli w Dheli lub Katmandu wynoszą około 3EUR za dobę;

Dobry obiad w Dheli lub Katmandu to koszt około 1-5EUR;

Koszt wynajęcia tragarza w Lukli to 10EUR za dzień;

Cena biletu lotniczego z Katmandu do i z Lukli to około 220$;

Cena noclegu z wyżywieniem w schroniskach (teahouse) na treku pod Everest to około 10EUR za dobę;

Patryk Dudek, Marcin Pius

Cholatse to góra położona w Nepalu na terenie Parku Narodowego Sagarmatha, w Mahalangur Himal (w czesci Khumbu) w linii prostej oddalona od Everestu (8848m) na południowy-zachód o 15km. Cholatse jest jednym ze szczytów w Solo Khumbu, który najdłużej pozostawał dziewiczy - pierwsze wejście nastąpiło dopiero 22 kwietnia 1982. Anglo-amerykański zespół Clevinger, O'Connor, Roskelley, Rowell (wyprawa prowadzona przez Peter Hacket) weszła na szczyt przez Poludniowo-Zachodnie ramie - i ta też drogę my wybraliśmy. W książce "Himalaya alpine style" ta droga jest opisana jako wspinanie w stromym sniegu i lodzie z trudnymi miejscami w pionowych i przewieszonych serakach - 900m wspinania (1500m od poczatku lodowca do szczytu). Powyższa relacja pokazuje, że droga ta ma teraz odcinki skalne, lodu prawie nie ma i większość wspinu jest w stromym i pionowym śniegu/firnie. Z innych relacji wynika, że takie warunki sa charakterystyczne dla sezonu jesiennego (po monsunowego) a lodowe warunki są normalne dla wiosny (sezon przed monsunowy).

Cholatse stała sie dość popularna w ostatnich latach i obecnie na jej północnej ścianie są 4 drogi (oraz 2 nieskonczone proby koreańskie), na jej zachodniej ścianie 3 drogi (włącznie z drogami na graniach), i na północno-wschodniej ścianie są kolejne 4 drogi (źródło AAJ 2006, strony 417-420). Wszystkie te drogi to mohutny wspin mikstowy zawierajacy rowniez odcinki hakowe.


Nowa galeria
"Złota Góra 2018"
"Złota Góra 2018"
Zajrzyj do najnowszej galerii na stronie !
Polecamy
Polski Związek Alpinizmu Fundacja Kukuczki ProImage - strony internetowe Częstochowa Fotografia ślubna Częstochowa - Łukasz Grygiel