Matterhorn

  Drugie podejście do grani włoskiej postanowiłem zaplanować i zrealizować jak najszybciej, by po wcześniejszej nieudanej próbie raz na zawsze rozprawić się z włoską granią Lion (po raz pierwszy pokonaną przez braci Carrel już półtora wieku temu.)

Do Cervinni-Breuil, (poza sezonem - zabita dechami dziura) przez tunel San Bernardino trafiliśmy niedzielnym wczesnym popołudniem 12.06.2005 r.

Po rozprostowaniu kości i rozpoznaniu pogody postanowiliśmy z Tomkiem ,,Toflerem" Witeckim z Olkusza popracować nad aklimatyzacją i w ogóle rozerwać się po podróży. Jako atrakcję wybraliśmy widoczne powyżej miasteczka lodowce i lodospadziki.Ubraliśmy się zabraliśmy szpej, żadnej wody czy jedzenia pognaliśmy do góry by po 2-3 h dotrzeć pod ścianę ...

Dnia drugiego w poniedziałek - zgodnie z otrzymanym meteo - lało niemiłosiernie - więc pocieszyliśmy się dwiema flaszkami wina marki wino i do końca dnia siedzieliśmy, spaliśmy, jedliśmy, spaliśmy....

Dzień trzeci (wtorek) podobny do drugiego, trochę mniej opadów. Nie mogąc usiedzieć dłużej w busie wybraliśmy się z Tomkiem na zwiady do pierwszego schroniska na naszej drodze - Abruzzi na 2.800 mnpm. Schronisko przywitało nas palnikiem z gazem i dalej ciepłą wodą z cynamonem i goździkami, które znaleźliśmy w środku. Po godzinie obijania się a Abruzzi postanowiliśmy poszukać drogi wyżej lecz z powodu dużej pokrywy śnieżnej nic nie było widać w dodatku zaczeło podać - powrót. Sen i obżarstwo zastało nas na dole....

Dzień czwarty środa - nareszcie pogoda puszcza, więc licząc spokojnie godzinki dzielące nas od schronu Carrela na 3.800 wstajemy dość późno i o godzinie 9.00 wyruszamy: Ja, Tomek, Andrzej, Marian i Piotr. Do Abruzzi docieramy w dwie i pół godziny - z ciężkimi worami …godzinkę dłużej niż wczoraj! Wychodząc ponad Abruzzi napotyklamy głęboki śnieg i oblodzoną, ,,psychiczną" wspinaczkę po normalnie niezbyt trudnych skałach.

Mamy dość na całej linii - ale co dziwniejsze nikt w dół nie spogląda a słowo odwrót nie istnieje. Na wysokości ok. 3200 mamy już poważne spoźnienia; Tomek ma odwodnienie ja smak srebra w ustach reszta też nie wygląda wesoło. Na polu śnieżnym z uśmiechem na ustach i witamy i żegnamy sporą lawinę biegnącą na nas a następnie obok nas :. (#%$^$#@) Psycha siada... Pierwszodniowe opady kamienne na lodospadach to betka... dziesięć razy bym się zamienił... ale nikt nie mówił że ma być łatwo miło i bezpiecznie.

Dotarliśmy do trawersu bez dalszych przygód lecz już bardzo późno po południu. Na trawersie haków, spitów czy innej asekuracji brak9. Niestety... Ale co robić, jakoś się posuwamy z kamienia na kamień, wbiłem jednen hak i jakoś poszło, do zakrętu przed przełęczą... Tam asekuracji naprawdę brak a lufa - to już nie jakiś tam stok. Zrobiliśmy to trochę dziwnie ale Mariann jako najbardzuiej odporny na stres - w końcu nauczyciel, związał liny: pięcdziesiątkę z trzydziestką a dalej z następną trzydziestką i takim sposobem narażony na baaaaaardzo długą huśtawkę z asekuracji z kamienia poszedł na przełęcz... i o dziwo doszedł bez szwanku; hardcore w pełnej krasie co?

Na przełęczy zastała nas noc. Asekuracja się również nie pojawiła - w żaden magiczny sposób - pozostając z pod śniegiem. Rozpoczęliśmy przygotowania do nocy na 3500 mnpm . Na szczęście nadciągnął Piotr, który pamiętając zeszłoroczną drogę kilka kroków wyżej odnalazł półkę skalną - zadaszoną przewieszonym głazem - nocleg kulturalny ale bez przesadnych wygód... (w nocy trzeba się było trzymać żeby się nie zsunąć i nie polecieć). Noc spędziliśmy na trzęsieniu się z zimna w mokrych ciuchach i w przemoczonych śpiworach z widokiem na potężną ścianę visavi naszego hotelu. - przynajmniej widok jako taki: Nie mówiąc już o wschodzie słońca nad Alpami. Z kawką w ręku i w bujanym fotelu poranne widoki mogły by pewnie zapierać dech w piersiach.

Pobudka o 6.00 nie przyniosła efektu a ja oglądając zamarznięte buty zamarznięty plecak i całą resztę też nie zamierzałem wyłązić z jako tako ciepłego śpiwora. Jednak zimno w nogach i strzelanie w kolanach skłoniły mnie do rozmrożenia i założenia butów i całkowitego wylegnięcia ze skalnego zagłębienia. W konsekwencji ruszyliśmy ok. 8.00 z minami jak zbite psy.

Dzień piąty to dzień najdłużej pokonywanych 300 metrów w pionie jakich mogłem do tej pory doświadczyć. Powłócząc noga za nogą i chwyt za chwytem doczłapaliśmy się do Carrela po południu 9. Teraz sen, sen, sen… sprzęt porzuciliśmy a raczej pierd.... na kracie przed schronem sami padając obok. Sen dał ukojenie skołatanym nerwom i zmęczonym ciałom. Po napojeniu się najedzeniu, ogrzaniu i wysuszeniu postanowiliśmy następnego dnia nie iść nigdzie - po prostu rest. Dwóch Słoweńców, którzy dotarli równo z nami zamierzało atakować dnia następnego. I zaatakowali, rano już ich nie było tylko czekan jakieś szmatki i kijki sugerowały ich powrót na tę stronę góry.

Szósty dzień to sanatorium w Rabce. Wszelkich wygód jakich można zaznać n tej wysokości nikt sobie nie odmawiał. Tylko Andrzej po ciężkiej nocy z objawami choroby wysokościowej zmuszony był wezwać śmigowiec. Ten zjawił się szybciutko jak telepizza a karłowaty ratownik na linie zapiął Andrzeja szarpnął jego plecak i już ich nie było. Teraaz przysszedł czas na relaks - opalanko, jedzonko, piciu dużo picia - (trzeba się nawodnić:). Zaczeliśmy żartować, że można tu na wakacje dwutygodniowe przyjechać, wakacje na kracie 4x6m.! Atmosfera była luźna, spokojna rest to rest. Błogostan przerywały jedynie rzuty oka na okazałą grań, Marian z Piotrem postanowili nawet przećwiczyć asekurację i wyjść trochę powyżej Carrela. Wycieczka się opłaciła, bo Piotr zanalazł czekan turystyczny a że nie miał to prezent jak najbardziej na miejscu. Sen złożył nas dopiero ok. 22.00 - z pełnymi brzuchami poszliśmy spać. Ja nie bardzo mogłem, Piotr też, wszyscy jakoś słabo spali.

Dzień siódmy - pobódka o czwartej zero zero i start o piątej. Marian i Piotr poszli przodem my z Tomkiem z tyłu zlekiim opóźnieniem.

Gdy dostaliśmy się na grań zaczął się problem mając opanowaną asekurację uwijaliśmy się szybko, ale niestety dopadło mnie rozwolnienie, niezbyt agresywne ale skutecznie spowolniające (jako jedyny nie wziąłem laperamidu). Postanowiłem ,,sprawę załatwić na najbliższym polu śnieżnym i tak się też stało. Po wszystkim zaczęliśmy nadrabiać straty ale zbyt piękne by było gdyby zdrowie w pełni wróciło. Nic z tych rzeczy. Po wspinaczce skałami dostaliśmy się na grań a następnie po kilku godzinach na Pik Tyndall osiągając wysokość 4240 m.n.p.m. ok. godz 15.00 znaleźliśmy się na przełączce pod koupłą szczytową Matterhornu zjeżdżając z półki skalnej zaczepiliśmy linę. To był moment krytyczny. Ze sporym opóźnieniem, po 10 godzinach wspinaczki pozostawaliśmy w odległości 2 godzin od szczytu. Decyzja mogła być tylko jedna - jeśli się pośpieszymy wrócimy przed zmrokiem ! Postanowione. Schodzimy.

Podczas zejścia mieliśmy kilka psychicznych momentów ale w konsekwencji zejście prezentowało się lepiej niż wejście.Zjazdy szły nam całkiem sprawnie. Asekuracja lotna na grani również.

Na wysokości ok. 4000 mnpm pod koniec drogi zejściowej zgubiliśmy lekko orientację a poszukiwania drogi sprowadziły noc. Drogę udało się nam odnaleźć już w blasku księżyca, a gdy to nastąpiło zobaczyliśmy powyżej nas chłopaków schodzących z góry w miejscy gdzie się zgubiliśmy. Postanowiliśmy poczekać i im pomóc. Marian miał spore problemy z widocznością, brak czołówek i okulary, i brak raków (stracił je już dużo wyżej) spowodowały że musiał zdać się na Tomka, który przeprowadził go przez trudny teren do stanowiska zjazdowego w tzw. ,,Kocioł". Tu wszystko poszło dość szybko; zważając na nasze zmęczenie - tylko dwa razy zaklinowałem linę na stanowisku zjazdowym ale dalej było ok. Księżyc zgasł na ostatnim zjeździe i w chwili gdy wypinałem przyrząd zjazdowy - nastały egipskie a raczej włoskie ciemności (bez czołówek widać było jedynie wyciągniętą rękę:). Do Carrela doczłąpaliśmy się o k godziny 3.40 ja zaliczyłem jeszcze spektakularną glebę na lądowisku dla helikoptera i już byłem w środku. Home sweet home. Po wypiciu dwóch wiader wody i rozebraniu się wchłonął mnie mój puszek…

Dzień ósmy - ranek jak na kacu - po 23 godzinach akcji szczytowej nie wiedziałem jak się nazywam. Zejście zaplanowaliśmy na godzinę 12-13 była 10. Szybkie pakowanie jedzenie picie i w dół w dół w dół. Szybko dotarliśmy do przełączki na 3500 dalej już tylko trawers z lotną asekuracją ,kilka psychicznych pół lawinowych i jesteśmy na skałach a skały suche... Śnieg zniknął a świetnie widoczne oznakowania pozwoliły nam o godzinie 18 znaleźć się w pod schroniskiem Abruzzi. Schowaliśmy uprzęże, łyk herbatki i rura na dół. Ja poszedłem pierwszy i po ponad godzinie znalazłem się w busie, gdzie Andrzej czekał już by nastawić fasolę. Odbyłem krótką rozprawę z brudem w okolicznym strumieniu przyjmując lodowaty prysznic i wchłonąłem miseczkę fasoli raj na ziemi ... po trudach i znojach nie ma jak woda i ciepłą strawa.

Po chwili dotarł również Tomek a po godzince chłopaki Marian i Piotr -zdobywcy. Ruszyliśmy w kierunku kraju, jak tylko spakowaliśmy graty. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zmorzył nas sen. Ruszyliśmy dnia następnego o godzinie 6.00 ,,z ziemi włoskiej do Polski"...

I tak właśnie drugi raz na Piku Tyndalla (4240 mnpm) zakończyłem przygodę z włoską granią Matterhornu. Co było to było ale zaparłem się i grań prędzej czy później na szczyt puścić musi !

Pozdrowienia dla całej ekipy.

Tomek Gmitruk

Nowa galeria
Złota Góra 2017
Złota Góra 2017
Zajrzyj do najnowszej galerii na stronie !
Polecamy
Polski Związek Alpinizmu Fundacja Kukuczki ProImage - strony internetowe Częstochowa Fotografia ślubna Częstochowa - Łukasz Grygiel