Obóz zimowy

  Miał być obóz klubowy w Karkonoszach, później była opcja wyjazdu na lodospady do Austrii. Gdy w końcu żaden plan nie został zrealizowany padł pomysł wyjazdu na tygodniowy wspin na lodospady Doliny Wielickiej... Tak więc w okresie od 28.01 do 2.02.2006 ekipa w składzie Patrycjusz Dudek, Artur Pierzchniak "Guma" i Piotrek Deska przebywała zarówno po polskiej jak i słowackiej stronie Tatr.

Po zapakowaniu się do szarego Volkswagena ze standardowym dla nas dwugodzinnym poślizgiem pożegnaliśmy Częstochowę. Każdy głodny zatopienia ostrzy dziabek w lodzie. Jeszcze tylko krótki postój na Łysej Polanie w celu uzupełnienia zapasów piwa i czekolady Studentskiej i następuje pierwsza zmiana planów. Miały być lody w Białej Wodzie jednak z racji naszego poślizgu postanowiliśmy uderzyć od razu do Doliny Wielickiej co okazało się w ostateczności bardzo trafną decyzją...

Mniej więcej godzinę później jesteśmy w Tatranskiej Poliance i tu pierwszy nieprzewidziany problem: do Śląskiego Domu można wjechać samochodem jednak na drodze stoi znak zakazu wjazdu. Od miejscowych dowiadujemy się, że na górę można wjechać jeśli mamy zamiar w Slezskim Domu trochę pomieszkać. Po próbie pokonania podjazdu, zagotowaniu samochodu i przyjęciu "nagany słownej" od pewnej pani wywalamy bety i zwozimy samochód na dół: resztę drogi trzeba pokonać z buta. Okazało się, że na górę można wjechać samochodem z tym, że tylko latem... Po niekończącym się podejściu z plecakiem ważącym chyba z 30 kilo (miał być wjazd autem więc trochę rzeczy każdy z nas ze sobą zabrał) dotarliśmy w końcu do celu.

Padnięci planujemy zakwaterowanie jednak po usłyszeniu ceny szczęki nam opadają: 515 koron od osoby za noc. Próby utargowania podłogi spełzają na niczym i dopiero po długich bojach udaje nam się wywalczyć 400 koron za nockę. Kolejną spaliśmy już na przed wejściem do "bunkru". Jednak w tej chwili najważniejsze było dla nas przepakowanie się na jutrzejszy wspin i odpowiedni rest po podejściu. Na dobranoc jeszcze tylko "Zaopiekuj się mną" z Patrykowego telefonu...

Wreszcie upragniony dzień kiedy się na coś wespniemy. Na pierwszy ogień idzie Panieński Welon III/4 60-90°. Wspaniały lód i krótkie podejście plus lampa i nasze dobre humory sprawiają, że wszystko idzie bez problemów. No może gdyby Guma nie zrzucił mi na twarz bryły lodu... Po pokonaniu samego lodospadu decydujemy się na wejście na pik dzięki czemu cała wspinaczka ma około 700-800 metrów i poza samym lodem dochodzi wspinanie w trawach, mikście, cieplutkiej skale i na sam koniec około 200 metrowe pole śnieżne. Najprawdopodobniej jest to nowa droga a proponowane przez nas trudności to VI. Po mniej więcej 13 godzinach wracamy do Slezskiego Domu.

Mamy nadzieję, że uda nam się utargować z kierownikiem kolejną noc za jakieś sensowne pieniądze. Kierownik okazał się jednak kompletnym bucem i jedyne co uadło nam się dogadać to możliwość zagotowania czegoś ciepłego w przedsionku. Apogeum miało miejsce kiedy wyrzucono nam z grzejnika buty a mnie opieprzono za zapalenie światła w łazience. Kolejna noc minęła więc na dworze.

Następny dzień to tylko 60 metrów rozwodnionej lewej części Panieńskiego Welonu, problemy Gumy po zjedzeniu paprykarza na śniadanie i zejście do samochodu.

Szczęście w nieszczęściu bo okazało się, że samochód po próbie podjazdu dwa dni wcześniej ma kompletną pustkę w chłodnicy i zalane przewody. Plany wspinania w Białej Wodzie odchodzą na dalszy plan - priorytetem jest teraz powrót do Polski i dojazd do Zakopanego ale auto wcale nam tego nie ułatwia. Podejmujemy decyzję, że następnego dnia uderzamy na północną Świnicy a samochodem będziemy się martwić później.

Po naszej stronie Tatr warunki są już zdecydowanie inne. Dłuższe podejście a raczej brodzenie w śniegu, które zabrało nam zdecydowanie więcej czasu niż przewidywaliśmy wysysa z nas mnóstwo energii. Gdy w końcu podchodzimy pod ścianę trochę brakuje motywacji do samego wspinania jednak już po pierwszej długości liny gdy Guma zabiera się za prowadzenie wyciągu przez pole śnieżne. W pewnym momencie aż nam się głupio zrobiło, że się z biednego Dziunka (który w tym momencie bardziej przypominał sapera niż wspinacza) tak śmiejemy ale przynajmniej od tej chwili pokonywanie ściany szło tak jak powinno. Po pokonaniu około 200 może 250 metrów z lotną asekuracją dotarliśmy do miejsca skąd pozostały nam już tylko dwa wyciągi do grani. Pik Świnicy osiągnęliśmy równo z zachodem słońca i mimo kłopotliwego zejścia po zmierzchu dla tego widoku warto się później męczyć. Około półtorej godziny zajęło nam dojście na Kasprowy gdzie ratraki ujeździły nam dalszą drogę zejścia do Kuźnic: około 3 kilometry dupozjazdu nartostradą to jest to! Trzech dorosłych (no może jeden trochę mniej) facetów uchachanych jak dzieci bo mogą pojeździć po śniegu na tyłku. Kiedy stok się już wypłaszcył nie mogło zabraknąć odsłuchania "Zaopiekuj się mną" po raz n-ty już w ciągu tych kilku dni. Gdy już dotoczyliśmy się do Kuźnic mieliśmy nadzieję, że jakiś bar będzie jeszcze otwarty lecz nic z tego. Dopiero po dojściu na Krupówki udało nam się zjeść coś na ciepło. Później jeszcze tylko kawa w Macu i możemy wracać do domu...

Podsumowując: z planowanego tygodniowego wyjazdu w Tatrach spędziliśmy tylko 4 dni. Urobiliśmy 2 poważniejsze drogi i 60 metrów lodu, minimum 50 razy usłyszeliśmy "Zaopiekuj się mną", zepsuliśmy samochód, który w drodze powrotnej sam się naprawił... Szkoda, że plany pokrzyżował nam samochód jak i ceny w Slezskim Domu jednak ja jestem z naszego "Obozu Zimowego" zadowolony. Mam nadzieję, że chłopaki też...

Piotrek Deska

Nowa galeria
Złota Góra 2017
Złota Góra 2017
Zajrzyj do najnowszej galerii na stronie !
Polecamy
Polski Związek Alpinizmu Fundacja Kukuczki ProImage - strony internetowe Częstochowa Fotografia ślubna Częstochowa - Łukasz Grygiel